sobota, 10 grudnia 2016

Między wierszami, czyli o rozproszeniu ważniejszym od modlitwy

Nie jestem żadnym kaznodzieją, rekolekcjonistą, ani tym bardziej duchownym. Wręcz przeciwnie, jako obecnie "singiel" odczuwam powołanie do małżeństwa. A głoszenie rekolekcji zostawię osobom do tego odpowiednim. Chciałbym jednak przez dwa ostatnie tygodnie Adwentu podzielić się z Wami na moim blogu takim moim doświadczeniem Pana Boga.


Zaczęło się od tego, że włączyłem po raz setny tę samą konferencję ks. Piotra Pawlukiewicza. Pomyślałem, że przypomnę sobie pewne rzeczy, o których on mówi. Bo powszechnie przecież wiadomo, że mówi wszędzie praktycznie o tym samym. I gdy sobie tak słuchałem po raz setny tych samych przykładów i rad, zacząłem natrafiać na pewne fragmenty, które wydały się dla mnie zupełnie nowe, jakby nieruszone jeszcze w mojej wewnętrznej duchowości.

To były słowa o tym, że więcej o tobie mogą mówić twoje rozproszenia niż twoja modlitwa. Ks. Piotr powiedział to jakby między wierszami, między różnymi fajnymi historyjkami i śmiesznymi porównaniami. I być może właśnie setki razy musiałem odsłuchać tych wszystkich fajowych stwierdzeń, żeby natrafić na coś, co ukryte zostało gdzieś w głębi tej konferencji.

Tak sobie myślę, że Pan Bóg mówi do mnie i do ciebie właśnie między wierszami. Przez historie różnych biblijnych postaci, relacje ludzi z Jezusem, zachowania i odruchy wielu "twarzy" Pisma Świętego.



Nie jestem żadnym kaznodzieją, rekolekcjonistą, ani tym bardziej duchownym. Wręcz przeciwnie, jako obecnie "singiel" odczuwam powołanie do małżeństwa. A głoszenie rekolekcji zostawię osobom do tego odpowiednim. Chciałbym jednak przez dwa ostatnie tygodnie Adwentu podzielić się z Wami na moim blogu takim moim doświadczeniem Pana Boga.

Ufam, że moje przemyślenia sprawią, że przekonacie się o obecności Boga również w waszym życiu, w sytuacjach, które do tej pory was spotkały.

Jeśli masz ochotę się także podzielić swoim doświadczeniem, napisz na adres p.czyzniewski@gmail.com - jeśli tylko będziesz chciał/a, upublicznię twoje świadectwo.



Od 11 do 23 grudnia - w poniedziałek, środę i piątek.
Gdzie? Na moim blogu: www.wyruszycwdal.blogspot.com

Jeżeli tylko masz chęć poczytania trochę moich rozmyślań, zapraszam! Będzie mi miło, jeśli zaprosisz również swoich najbliższych i nie tylko. :)

Paweł Czyżniewski (blog Wyruszyć w dal)

środa, 2 listopada 2016

Jak do Nieba, to tylko razem

Zastanawiają mnie czasem podziały na różnych katolickich stronach internetowych, gdy tylko rozgorzeje jakaś dyskusja na temat różnych elementów w Kościele, które pewnej części wiernych się nie podobają. Bywam regularnie na mszach z modlitwą o uzdrowienie w łódzkim kościele o. Jezuitów, na których posługuje zespół Mocni w Duchu. Wielu tradycjonalistów zarzuca im, że gardzą przepisami liturgicznymi wprowadzając np. tańce podczas Eucharystii, różne spontaniczne zmiany w częściach mszy. W mediach widać podziały na tzw. skrajnych katolików - z reguły odbiorców jedynego słusznego medium z Torunia - i tych bardziej tolerancyjnych. Im większa różnorodność "oferty" Kościoła, tym więcej różnych grup, które różnią się od innych m.in. poglądami na wiele kwestii.


Wbiły mnie w fotel słowa o. Krzysztofa Pałysa z homilii wygłoszonej wczoraj u Dominikanów na Służewie. Zanegował on twierdzenie, że chodzimy do kościoła, żeby być dobrzy. Przytoczył przykład ludzi, którzy uważają, że tyle jest osób, które się modlą, mówią o sobie że są wierzący, regularnie uczestniczą w mszy, a wcale nie są dobrzy na co dzień. I dodał, że przecież do kościoła nie chodzimy po to, by być dobrzy, ale po to, by być święci. Że to nas - chrześcijan - wyróżnia.

Podał też przykład jednego z klauzurowych zakonów, w których przełożony na jednej z konferencji przypomniał swoim braciom mnichom, że oni wcale nie są lepsi, bardziej święci przez to, że się tyle godzin dziennie modlą, wykonują ciężką pracę, wstają o świcie, tylko że są takimi samymi grzesznikami jak niewierzący. Z tą różnicą, że wiedzą, "gdzie skręcać".

Zastanawiają mnie czasem podziały na różnych katolickich stronach internetowych, gdy tylko rozgorzeje jakaś dyskusja na temat różnych elementów w Kościele, które pewnej części wiernych się nie podobają. Bywam regularnie na mszach z modlitwą o uzdrowienie w łódzkim kościele o. Jezuitów, na których posługuje zespół Mocni w Duchu. Wielu tradycjonalistów zarzuca im, że gardzą przepisami liturgicznymi wprowadzając np. tańce podczas Eucharystii, różne spontaniczne zmiany w częściach mszy. W mediach widać podziały na tzw. skrajnych katolików - z reguły odbiorców jedynego słusznego medium z Torunia - i tych bardziej tolerancyjnych. Im większa różnorodność "oferty" Kościoła, tym więcej różnych grup, które różnią się od innych m.in. poglądami na wiele kwestii.

A przecież to ten sam Chrystus, ten sam Kościół, ta sama wiara... Chociaż z drugiej strony, jak spojrzymy na świętych, to z pewnością wielu z nich miało trudny charakter, o sporej rzeszy moglibyśmy powiedzieć, że byli radykałami. Można zatem zadać pytanie - gdzie jest granica pomiędzy pewnym bożym radykalizmem (podkreślam słowo "bożym"), a dzieleniem Kościoła w imię jakiejś swojej wyższości, swojego egoizmu i pychy - bo tak to chyba można nazwać. Z przykrością czytam takie "nawalanki" w Internecie, bo to na pewno burzy jedność Kościoła. A jak powiedział o. Krzysztof Michałowski, jedność to granie na zwycięstwo drugiego.

Bardzo lubię Uroczystość Wszystkich Świętych. To taki czas, kiedy paradoksalnie potrafię spojrzeć na sprawy ostateczne z taką dziwną radością. Nagle sobie myślę, że kiedyś umrę, ale że się nawet z tego cieszę, bo to nie będzie koniec, tylko wręcz przeciwnie. Przypominam sobie o tym, do czego jestem powołany - do świętości. Będąc u rodziny na wsi, wychodzę na łąkę, patrzę w horyzont i się zastanawiam, jak mam żyć, czego Bóg ode mnie oczekuje, kogo mi powierza w opiekę.

I wcale nie przeszkadzają mi tłumy na cmentarzach, korki na drogach, deszczowa pogoda i duży wiatr, bo nagle przypominam sobie, że jest coś więcej. A przecież co roku obchodzimy "święto zmarłych", i co roku jeździmy na cmentarze, co roku spotykamy się z tymi samymi ludźmi przy tych samych grobach, i co roku możemy powiedzieć, że przecież rok temu mieliśmy wiele planów, marzeń, celów do zrealizowania. Być może niektóre nasze oczekiwania względem różnych rzeczy zostały pozytywnie zaspokojone, ale patrzymy na groby naszych bliskich, którzy przecież w większości swego czasu też tacy byli, i też dużo robili, i też z pewnością można powiedzieć o nich, że byli dobrymi ludźmi. I widzimy, że teraz leżą w grobie, nieruchomo, i tam na górze z pewnością są szczęśliwi, ale z punktu widzenia tego doczesnego życia - wszystko się skończyło.

Kiedyś do jednego starszego księdza - ale takiej starowinki, co to już leżał przykuty do łóżka - przyszedł młody, ambitny ksiądz, i powiedział:
- Księże, muszę się księdzu do czegoś przyznać. Mam ogromny problem z pychą.
Starszy dziadziuś tak spojrzał na siebie - pomarszczonego, wymęczonego, zmęczonego, leżącego niemalże nieruchomo na łożu, które było tak naprawdę wtedy całym jego życiem. Potem spojrzał na niego i odparł:
- Czym tu się pysznić?
Nic tu nie mamy, nic nie jest nasze. Czym tu się pysznić? Przecież jesteśmy zwykłymi śmiertelnikami.

Będąc wczoraj na cmentarzu pomyślałem sobie o jeszcze jednej rzeczy. Kiedyś - jak (jeśli) znajdę dziewczynę - zabiorę ją tam, chwycę za rękę, albo przytulę, i będziemy się tak patrzeć na ludzi, którzy pośrednio (albo i bezpośrednio) sprawili, że mogę tu teraz żyć i pisać, a którzy już tam leżą nieruchomo. I będę im wdzięczny, że na ziemi zrobili swoje, a teraz tam na górze wstawiają się za nami i nam błogosławią. Pewnie ktoś z Was powie - jakiś kompletny idiota i wariat - żeby zabierać dziewczynę na randkę na cmentarz?! Może i wariat, ale jeśli coś w małżeństwie jest pewne, to na pewno to, że oboje umrzemy, i rolą małżonków jest dbać o siebie nawzajem, o wzajemne zbawienie. Na tym polega świętość w małżeństwie. Jak do Nieba, to tylko razem.

niedziela, 11 września 2016

Jakąś wartość mamy

Ile jestem wart? Nad tym tematem się już dawno nie zastanawiałem bezpośrednio. Niemniej to zagadnienie objawiało się u mnie w bardzo wielu momentach pod innymi postaciami. Choćby przez egoizm, porównywanie się do innych. Kiedyś usłyszałem takie zdanie: "Jeśli będziesz porównywał się do innych, zawsze znajdziesz kogoś gorszego i kogoś lepszego". Do wyboru, do koloru. Co zatem sprawia, że tak często patrzę na życie przez pryzmat tego, czy mam lepiej lub gorzej?

 
Kiedyś w jednej z homilii ks. Carlos Damaglio pięknie przedstawił obraz Boga. Mianowicie przedstawił Jego jako tego, kto siedzi na górze, patrzy na nas, widzi to całe błoto wokół nas, tę mgłę, w której błądzimy, wyciąga rękę i woła: o! Tam jest mój syn! Tam jest moja córka! Wśród całej tej warstwy błota i gnoju, tam jest mój syn!

Ile jestem wart? Nad tym tematem się już dawno nie zastanawiałem bezpośrednio. Niemniej to zagadnienie objawiało się u mnie w bardzo wielu momentach pod innymi postaciami. Choćby przez egoizm, porównywanie się do innych. Kiedyś usłyszałem takie zdanie: "Jeśli będziesz porównywał się do innych, zawsze znajdziesz kogoś gorszego i kogoś lepszego". Do wyboru, do koloru. Co zatem sprawia, że tak często patrzę na życie przez pryzmat tego, czy mam lepiej lub gorzej?


Może jest to takie niezgadzanie się z tym, że Pan Bóg ma dla nas konkretny plan na życie. Uznajemy, że innych życie jest całkiem spoko, zatem jeśli i my tak będziemy żyli, to i u nas będzie spoko. A tak niekoniecznie musi być. Inni mogą to samo dostrzegać z nami. Może to takie kontrolowanie Boga na zasadzie: ok, działaj Panie Boże, ale ja na wszelki wypadek się zabezpieczę, gdyby Tobie nie wyszło.


Problem w tym, że nie da się być po środku. Trzeba wybrać: albo wierzymy we własne siły, albo wierzymy w moc Boga. Mi jest bardzo trudno to zrozumieć. Bardzo często kieruję się emocjami, chwilowymi wahaniami nastrojów. To też ważne, żeby nasze uczucia nie przysłoniły rozumu. Wystarczy czasem jedna odpychająca myśl, a chwilę później cała misterna budowla o nazwie "masz wartość w sobie" się burzy.


Usłyszałem ostatnio od pewnej osoby, że się bardzo poświęcam. To było bardzo miłe, choć jednocześnie wywołało u mnie zdziwienie. Dlaczego? Ja, egoista, się poświęcam? Przecież to jest ze sobą sprzeczne.


Ano jest sprzeczne. Ale gdy na czymś nam zależy, gdy znajdujemy coś, co nas pozytywnie karmi, gdy odnajdujemy w pewnych rzeczach sens życia, albo zwyczajnie poznajemy dobrych ludzi, nagle zaczynamy nie tylko brać, ale także dawać. Obdarowywać innych tymi wartościami, które są w nas. I nagle okazuje się, że jednak jakąś wartość mamy.

sobota, 6 sierpnia 2016

Jesteśmy sobie potrzebni


"Chrystus rozmnożył chleb, ale wciągnął w ten cud uczniów. Mógł tego nie robić. Ale Pan Bóg przez nasze pośrednictwo daje łaski innym ludziom, żebyśmy my stali się wielcy. Uczniowie mieli udział w cudzie Chrystusa, byli Jego pierwszymi pomocnikami. Nawet w oczach tłumów byli tymi, którzy im dawali chleb. Tak samo jest w życiu.
Tobie, droga matko, Pan Bóg daje pewne łaski i pomysły, żebyś ty dała to córce. Daje ci, drogi bracie, pomysły, łaski i jakieś dobre natchnienia, żebyś dał to bratu. Mógłby dać od razu bratu. Mogłoby księży na świecie nie być, ale Pan Bóg nam, księżom, daje pewne rzeczy, żebyśmy my dawali wam. I przez to my zyskujemy jakąś wielkość w oczach Pan Boga. Każdy, kto jest przekaźnikiem treści ewangelicznych, kto jest przekaźnikiem bogactwa duchowego, jest wielki. Pan Bóg nas wciąga w tę robotę."
 ks. Piotr Pawlukiewicz



Jesteśmy sobie potrzebni. To nieprawda, że możemy być samowystarczalni, że do egzystencji nie potrzebujemy innych ludzi. Choć czasem przychodzi taka pokusa, żeby rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady liczyć tylko na siebie. Ja sam za każdym razem, gdy odczuwam jakąś porażkę, mam ochotę zakończyć cały "interes" i przestać się do kogokolwiek odzywać.

Jesteśmy sobie potrzebni. Do czego? Do wzajemnego wzrastania. Choć czasem tak trudno poprosić kogoś o pomoc. Nam, mężczyznom, wydaje się że jesteśmy stworzeni do wielkich rzeczy i że poradzimy sobie ze wszystkim. I uwaga! Dobrze, że nam się tak wydaje! Bo to prawda! Tylko że przychodzą w życiu takie momenty, że musimy stanąć w prawdzie i powiedzieć: no nie daję rady.

Jak Pan Bóg działa? Ano przez ludzi. Nie tylko tych nam najbliższych. Jeśli miałeś w życiu takie chwile, że kompletnie już sobie z niczym nie radziłeś, ale nagle pojawił się ktoś, kto jakby trafił w samą porę ze swoją pomocą, to wiesz o czym mówię.

Ks. Pawlukiewicz ma jedną receptę na nasze lęki, nerwice, emocje, złe uczucia: pokochaj, zaakceptuj ten stan. Myślę, że dobrze jest też zaakceptować czyjąś pomoc, ale też być przygotowanym na to, żeby pomagać innym. Jeśli odczuwasz opory przed tym, jeśli w twojej głowie zaczynają się pojawiać wątpliwości, czy to będzie miało sens, co ty z tego będziesz miał, to może być sygnał, że jeszcze za mało kochasz. A może to jeszcze po prostu nie ten czas. Może potrzebujesz kogoś, kto cię w tym poprowadzi. Jesteśmy sobie potrzebni.


"Miłość wszystko przyjmuje i daje. Powinna być czymś równie naturalnym jak życie i oddychanie."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

piątek, 17 czerwca 2016

Bitwa o swoje serce

"Jak czytałem o jednym rycie u Czejenów, to mi ciarki na moim męskim grzbiecie przechodziły. Czejenowie mieli jako plemię indiańskie swoich żołnierzy. Nazywali się "Dog Soldiers" [Psy Żołnierze]. A jeszcze wśród tych psów żołnierzy byli psy oficerowie. To już w ogóle wyższa szkoła jazdy. Oni mieli taki ryt inicjacyjny, w którym zawijali rękawy i wsadzali ręce po łokcie do gotującej wody.
A po wyjęciu z gotującej wody wsadzali te same ręce do ognia, żeby pokazać, że wcale im za gorąco nie było. Potem wyjmowali z ognia. Oczywiście ręce mieli totalnie poranione, mieli blizny na całe lata, ale to byli tacy twardziele, że nosili takie płaszcze z długiej skóry i jak był napad na wioskę Czejenów, to taki Czejen brał dzidę, przybijał się w ten pas, żeby nie uciec i oddawał życie za wszystkich. Kobiety z dziećmi uciekały, a Czejen przybity, żeby nie uciekł.
Dlaczego my księża nosimy sutannę? Że jak będzie napad na ludzi, to my się mamy krzyżem chrystusowym przybić do ziemi i was wszystkich ratować, i oddać za was życie."
 ks. Piotr Pawlukiewicz


Czytam ostatnio książkę "Dzikie serce" Johna Eldridge'a. Autor pisze tam m.in. o swoich wyprawach w nieznane i dzikie miejsca, żeby być blisko natury. Wspomina o gonitwie za zwierzyną. Ona w pewnym momencie mu znika z horyzontu, ale John wydaje się być tym wcale niewzruszony. Pisze, że szuka tam czegoś więcej - własnego serca.

Jest w tej książce też coś, co mnie szczególnie zadziwiło. Mamy teraz klimat piłkarski, gdyż trwa Euro. Wielu mężczyzn (zresztą i nie tylko) spędza dużo czasu kibicując różnym reprezentacjom, czy to przed telewizorem, czy to w barach i na świeżym powietrzu. John Eldridge pisze, że mężczyznom brakuje we współczesnym świecie dzikości, pozwolenia na bycie takim nieujarzmionym i walecznym rycerzem. Wpycha się ich w garnitury i każe codziennie z teczką jechać do pracy, a kibicowanie drużynom piłkarskim to jedyna forma pewnej rywalizacji, którą mają.

Mnie do meczów nie ciągnie. Do walk, wojen, "rycerzowania" także. Pragnę stabilizacji, spokoju, wewnętrznego poczucia kontroli nad wszystkim. Czy jestem prawdziwym mężczyzną?

Czy można w ogóle wepchnąć w takie ramki to wszystko, o czym napisałem powyżej? A może przypadkiem chodzi o coś więcej? Wewnętrzna walka z samym sobą, bitwa o wartości, o rodzinę, dom. To też przecież mega trudna sprawa. Tylko skąd brać siłę do tej walki? Bardzo lubię ciszę. Uwielbiam spacery, podczas których mogę sobie wiele rzeczy przemyśleć. Kocham obserwować świat i doceniać jego pozytywne walory.

Drogi mężczyzno, ty też możesz znaleźć czynność, przy której będziesz na nowo odżywał. I ważne w tym wszystkim jest to, żebyś potem wstawał do walki. O swoich najbliższych, o wiarę, o dom, o swoje serce.


"Miej czas na to, aby pomyśleć - to źródło mocy. Miej czas na modlitwę - to największa siła na ziemi. Miej czas na uśmiech - to muzyka duszy."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

niedziela, 12 czerwca 2016

Chłodny katolicyzm

"Bóg odwołuje się do swojej dobroci, dlatego niektórzy pytają, jak robić rachunek sumienia. Można wziąć krzyż, zdjąć ze ściany i popatrzeć na ręce i nogi Jezusa. Wtedy zrozumiemy, jakie świństwa robimy, kiedy łamiemy Jego prawo, kiedy chcemy sobie brać jeszcze więcej."
 ks. Piotr Pawlukiewicz


Jest pewna rzecz u ludzi, która bardzo mnie wkurza, a jednocześnie wywołuje wielki smutek. Nie, wcale nie jest to antyklerykalizm, wrogość do Kościoła, obrażanie wierzących, atakujący ateizm. Nie jest to też fanatyzm religijny, choć i ten też czasem przyprawia mnie o dreszcze. Co to więc za cecha?

Chłodny katolicyzm. Tak bym to nazwał. Niby chodzę do kościoła, modlę się, nawet czasem przyjdę na majowe, ale do łóżka mi Panie Boże nie wchodź, bo tu jest moje terytorium. Niby jestem pobożny, noszę medalik na szyi, ale nie pójdę dziś do kościoła, bo przecież nie jest niedziela, co ludzie powiedzą. Przecież jestem dobrym człowiekiem, pomagam innym, nie zabijam nikogo, komu to przeszkadza, że niszczę swoje zdrowie? Przecież to jest moje zdrowie, a nie czyjeś.

Jest taka opowiastka, że kiedyś jeden ze świętych bardzo chciał zamieszkać z pewną rodziną przez jakiś czas. Domownicy się zgodzili: - „Jasne, chodź, mieszkaj z nami.” On tak sobie tam siedział dzień w dzień i obserwował tę rodzinę, jak oni żyją. Pewnego dnia nie wytrzymał i zapytał:
- Jakiego wy jesteście wyznania?
- Katolickiego.
- Nie no, poważnie. Jakiego?
- No przecież katolickiego.
- Nie żartuje, serio pytam. Przecież widziałem, jak żyjecie.

Czy nie jest tak, że wybieramy sobie punkty z dekalogu, które nam pasują? Żeby było jasne, nie chcę cię oceniać. Ja te słowa kieruję także do siebie. Ale zastanów się, jak to z tobą jest. Czy przypadkiem nie próbujesz w pewnych dziedzinach życia być mądrzejszym od Pana Boga?

Życie przynosi różne scenariusze. Są ludzie, którzy z ogromnych zwyrodnialców potrafią stać się współczesnymi świętymi Pawłami. Są osoby, które ciągle upadają, ale potem powstają. Najgorzej jest jednak, gdy rozłożysz ręce i powiesz: „no jest jak jest, ale takie życie”.

Ktoś kiedyś powiedział, że lepiej jest popaść w ciężkie grzechy, niż we wszechogarniającą pychę. I z tym cię, czytelniku drogi, zostawię. Może mnie po tym tekście znienawidzisz, może uznasz, że czas usunąć bloga z ulubionych, ale mam nadzieję, że mimo wszystko ten wpis choć przez chwilę skłoni cię do przemyślenia, w co tak naprawdę wierzysz, i jaka jest twoja wiara. Nie ma zbyt wiele czasu.


 "Jest głód zwykłego chleba, ale i głód miłości, dobroci i troskliwości; ludzie zaś tak bardzo cierpią z powodu wielkiego ubóstwa."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

środa, 1 czerwca 2016

Zachwycony, że tyle tego

"Kiedy gdziekolwiek świętujemy odpust, Bóg staje i mówi: "Stań przede mną, bądź ze mną, a ja ci wszystko dam."
 o. Adam Szustak OP


Kiedy słyszę słowo „odpust”, staje przed moimi oczami obraz straganów wypełnionych mnóstwem różnych dobroci. W dzieciństwie jeździłem co roku na wieś do babci na takie właśnie wydarzenie. Pamiętam, że byłem wręcz zachwycony, że tyle tego. Czego? Ano zabawek, dziwnych pojazdów, śmiesznych pistoletów na wodę, balonów, pamiątek itd. Dziś wiejski odpust mi się bardziej kojarzy z obwarzankami. Choć i te powszednieją, gdy można je kupić np. na 1 listopada przy cmentarzach.

Ale w tym wszystkim nawet nie chodziło o te wszystkie dobra materialne. Tzn. chodziło, ale nie do końca! Ta atmosfera, to podekscytowanie tym, co zobaczę na straganach, ten niezwykły klimat…

Byłem ostatnio na Jarmarku św. Dominika w Warszawie. Impreza ta jest związana z odpustem owego świętego na Służewie. Przy uroczystym polonezie otwierającym jarmark o. przeor klasztoru wyraził nadzieję, że nikt nie wyjdzie tego dnia z tego miejsca smutnym. Radość, zabawa, uśmiech – tamten dzień był naprawdę wyjątkowy.

W odpuście jednak chodzi o coś więcej. Kiedy słuchałem o. Adama i tego, co mówił w jednej z homilii nt. odpustu, nie mogłem w to uwierzyć. Nasuwały mi się różne niedowierzające słowa w stylu „no stary, teraz to przesadziłeś”. Dominikański kaznodzieja określił odpust jako czas, w którym Bóg chce nam siebie dać w całości, przerwać grzech i związać się z nami dokładnie tak, jak będziemy połączeni z Nim po ziemskiej śmierci.

Idąc ostatnio do spowiedzi miałem w głowie inne słowa dominikanina z pewnej konferencji. O. Szustak mówił w niej o tym, że gdybyśmy naprawdę poznali miłość Boga do nas, ale tak zupełnie na serio w całości, nigdy już byśmy się nie oddalili od Niego. I mówilibyśmy tak: „Panie Boże, jak Ty mnie tak kochasz, to ja już nie będę grzeszył”.

Na jarmarku najbardziej chyba zachwyciło mnie to, że ludzie potrafili sobie nawzajem mówić miłe słowa i się uśmiechać ot tak po prostu. Widać było prawdziwie chrześcijańską radość. I myślę, że nawet jeśli odpust często jest spłycany właśnie do takich różnych parad, balang i targów, to jednak jeśli to jest naprawdę szczera radość wypływająca z serca, to przecież jest w tym Bóg.

Spróbuj sobie codziennie wieczorem usiąść i zapisać na karteczce wszystkie dobre rzeczy, które Cię danego dnia spotkały. Zobacz w tym Boga. Uśmiechnij się i zachwyć tym, że tyle tego.


 "Nigdy nie poznamy całego dobra, jakie może dać zwykły uśmiech."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty