niedziela, 11 września 2016

Jakąś wartość mamy

Ile jestem wart? Nad tym tematem się już dawno nie zastanawiałem bezpośrednio. Niemniej to zagadnienie objawiało się u mnie w bardzo wielu momentach pod innymi postaciami. Choćby przez egoizm, porównywanie się do innych. Kiedyś usłyszałem takie zdanie: "Jeśli będziesz porównywał się do innych, zawsze znajdziesz kogoś gorszego i kogoś lepszego". Do wyboru, do koloru. Co zatem sprawia, że tak często patrzę na życie przez pryzmat tego, czy mam lepiej lub gorzej?


Kiedyś w jednej z homilii ks. Carlos Damaglio pięknie przedstawił obraz Boga. Mianowicie przedstawił Jego jako tego, kto siedzi na górze, patrzy na nas, widzi to całe błoto wokół nas, tę mgłę, w której błądzimy, wyciąga rękę i woła: o! Tam jest mój syn! Tam jest moja córka! Wśród całej tej warstwy błota i gnoju, tam jest mój syn!

Ile jestem wart? Nad tym tematem się już dawno nie zastanawiałem bezpośrednio. Niemniej to zagadnienie objawiało się u mnie w bardzo wielu momentach pod innymi postaciami. Choćby przez egoizm, porównywanie się do innych. Kiedyś usłyszałem takie zdanie: "Jeśli będziesz porównywał się do innych, zawsze znajdziesz kogoś gorszego i kogoś lepszego". Do wyboru, do koloru. Co zatem sprawia, że tak często patrzę na życie przez pryzmat tego, czy mam lepiej lub gorzej?

Może jest to takie niezgadzanie się z tym, że Pan Bóg ma dla nas konkretny plan na życie. Uznajemy, że innych życie jest całkiem spoko, zatem jeśli i my tak będziemy żyli, to i u nas będzie spoko. A tak niekoniecznie musi być. Inni mogą to samo dostrzegać z nami. Może to takie kontrolowanie Boga na zasadzie: ok, działaj Panie Boże, ale ja na wszelki wypadek się zabezpieczę, gdyby Tobie nie wyszło.

Problem w tym, że nie da się być po środku. Trzeba wybrać: albo wierzymy we własne siły, albo wierzymy w moc Boga. Mi jest bardzo trudno to zrozumieć. Bardzo często kieruję się emocjami, chwilowymi wahaniami nastrojów. To też ważne, żeby nasze uczucia nie przysłoniły rozumu. Wystarczy czasem jedna odpychająca myśl, a chwilę później cała misterna budowla o nazwie "masz wartość w sobie" się burzy.

Usłyszałem ostatnio od pewnej osoby, że się bardzo poświęcam. To było bardzo miłe, choć jednocześnie wywołało u mnie zdziwienie. Dlaczego? Ja, egoista, się poświęcam? Przecież to jest ze sobą sprzeczne.

Ano jest sprzeczne. Ale gdy na czymś nam zależy, gdy znajdujemy coś, co nas pozytywnie karmi, gdy odnajdujemy w pewnych rzeczach sens życia, albo zwyczajnie poznajemy dobrych ludzi, nagle zaczynamy nie tylko brać, ale także dawać. Obdarowywać innych tymi wartościami, które są w nas. I nagle okazuje się, że jednak jakąś wartość mamy.

sobota, 6 sierpnia 2016

Jesteśmy sobie potrzebni


"Chrystus rozmnożył chleb, ale wciągnął w ten cud uczniów. Mógł tego nie robić. Ale Pan Bóg przez nasze pośrednictwo daje łaski innym ludziom, żebyśmy my stali się wielcy. Uczniowie mieli udział w cudzie Chrystusa, byli Jego pierwszymi pomocnikami. Nawet w oczach tłumów byli tymi, którzy im dawali chleb. Tak samo jest w życiu.
Tobie, droga matko, Pan Bóg daje pewne łaski i pomysły, żebyś ty dała to córce. Daje ci, drogi bracie, pomysły, łaski i jakieś dobre natchnienia, żebyś dał to bratu. Mógłby dać od razu bratu. Mogłoby księży na świecie nie być, ale Pan Bóg nam, księżom, daje pewne rzeczy, żebyśmy my dawali wam. I przez to my zyskujemy jakąś wielkość w oczach Pan Boga. Każdy, kto jest przekaźnikiem treści ewangelicznych, kto jest przekaźnikiem bogactwa duchowego, jest wielki. Pan Bóg nas wciąga w tę robotę."
 ks. Piotr Pawlukiewicz



Jesteśmy sobie potrzebni. To nieprawda, że możemy być samowystarczalni, że do egzystencji nie potrzebujemy innych ludzi. Choć czasem przychodzi taka pokusa, żeby rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady liczyć tylko na siebie. Ja sam za każdym razem, gdy odczuwam jakąś porażkę, mam ochotę zakończyć cały "interes" i przestać się do kogokolwiek odzywać.

Jesteśmy sobie potrzebni. Do czego? Do wzajemnego wzrastania. Choć czasem tak trudno poprosić kogoś o pomoc. Nam, mężczyznom, wydaje się że jesteśmy stworzeni do wielkich rzeczy i że poradzimy sobie ze wszystkim. I uwaga! Dobrze, że nam się tak wydaje! Bo to prawda! Tylko że przychodzą w życiu takie momenty, że musimy stanąć w prawdzie i powiedzieć: no nie daję rady.

Jak Pan Bóg działa? Ano przez ludzi. Nie tylko tych nam najbliższych. Jeśli miałeś w życiu takie chwile, że kompletnie już sobie z niczym nie radziłeś, ale nagle pojawił się ktoś, kto jakby trafił w samą porę ze swoją pomocą, to wiesz o czym mówię.

Ks. Pawlukiewicz ma jedną receptę na nasze lęki, nerwice, emocje, złe uczucia: pokochaj, zaakceptuj ten stan. Myślę, że dobrze jest też zaakceptować czyjąś pomoc, ale też być przygotowanym na to, żeby pomagać innym. Jeśli odczuwasz opory przed tym, jeśli w twojej głowie zaczynają się pojawiać wątpliwości, czy to będzie miało sens, co ty z tego będziesz miał, to może być sygnał, że jeszcze za mało kochasz. A może to jeszcze po prostu nie ten czas. Może potrzebujesz kogoś, kto cię w tym poprowadzi. Jesteśmy sobie potrzebni.


"Miłość wszystko przyjmuje i daje. Powinna być czymś równie naturalnym jak życie i oddychanie."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

piątek, 17 czerwca 2016

Bitwa o swoje serce

"Jak czytałem o jednym rycie u Czejenów, to mi ciarki na moim męskim grzbiecie przechodziły. Czejenowie mieli jako plemię indiańskie swoich żołnierzy. Nazywali się "Dog Soldiers" [Psy Żołnierze]. A jeszcze wśród tych psów żołnierzy byli psy oficerowie. To już w ogóle wyższa szkoła jazdy. Oni mieli taki ryt inicjacyjny, w którym zawijali rękawy i wsadzali ręce po łokcie do gotującej wody.
A po wyjęciu z gotującej wody wsadzali te same ręce do ognia, żeby pokazać, że wcale im za gorąco nie było. Potem wyjmowali z ognia. Oczywiście ręce mieli totalnie poranione, mieli blizny na całe lata, ale to byli tacy twardziele, że nosili takie płaszcze z długiej skóry i jak był napad na wioskę Czejenów, to taki Czejen brał dzidę, przybijał się w ten pas, żeby nie uciec i oddawał życie za wszystkich. Kobiety z dziećmi uciekały, a Czejen przybity, żeby nie uciekł.
Dlaczego my księża nosimy sutannę? Że jak będzie napad na ludzi, to my się mamy krzyżem chrystusowym przybić do ziemi i was wszystkich ratować, i oddać za was życie."
 ks. Piotr Pawlukiewicz


Czytam ostatnio książkę "Dzikie serce" Johna Eldridge'a. Autor pisze tam m.in. o swoich wyprawach w nieznane i dzikie miejsca, żeby być blisko natury. Wspomina o gonitwie za zwierzyną. Ona w pewnym momencie mu znika z horyzontu, ale John wydaje się być tym wcale niewzruszony. Pisze, że szuka tam czegoś więcej - własnego serca.

Jest w tej książce też coś, co mnie szczególnie zadziwiło. Mamy teraz klimat piłkarski, gdyż trwa Euro. Wielu mężczyzn (zresztą i nie tylko) spędza dużo czasu kibicując różnym reprezentacjom, czy to przed telewizorem, czy to w barach i na świeżym powietrzu. John Eldridge pisze, że mężczyznom brakuje we współczesnym świecie dzikości, pozwolenia na bycie takim nieujarzmionym i walecznym rycerzem. Wpycha się ich w garnitury i każe codziennie z teczką jechać do pracy, a kibicowanie drużynom piłkarskim to jedyna forma pewnej rywalizacji, którą mają.

Mnie do meczów nie ciągnie. Do walk, wojen, "rycerzowania" także. Pragnę stabilizacji, spokoju, wewnętrznego poczucia kontroli nad wszystkim. Czy jestem prawdziwym mężczyzną?

Czy można w ogóle wepchnąć w takie ramki to wszystko, o czym napisałem powyżej? A może przypadkiem chodzi o coś więcej? Wewnętrzna walka z samym sobą, bitwa o wartości, o rodzinę, dom. To też przecież mega trudna sprawa. Tylko skąd brać siłę do tej walki? Bardzo lubię ciszę. Uwielbiam spacery, podczas których mogę sobie wiele rzeczy przemyśleć. Kocham obserwować świat i doceniać jego pozytywne walory.

Drogi mężczyzno, ty też możesz znaleźć czynność, przy której będziesz na nowo odżywał. I ważne w tym wszystkim jest to, żebyś potem wstawał do walki. O swoich najbliższych, o wiarę, o dom, o swoje serce.


"Miej czas na to, aby pomyśleć - to źródło mocy. Miej czas na modlitwę - to największa siła na ziemi. Miej czas na uśmiech - to muzyka duszy."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

niedziela, 12 czerwca 2016

Chłodny katolicyzm

"Bóg odwołuje się do swojej dobroci, dlatego niektórzy pytają, jak robić rachunek sumienia. Można wziąć krzyż, zdjąć ze ściany i popatrzeć na ręce i nogi Jezusa. Wtedy zrozumiemy, jakie świństwa robimy, kiedy łamiemy Jego prawo, kiedy chcemy sobie brać jeszcze więcej."
 ks. Piotr Pawlukiewicz


Jest pewna rzecz u ludzi, która bardzo mnie wkurza, a jednocześnie wywołuje wielki smutek. Nie, wcale nie jest to antyklerykalizm, wrogość do Kościoła, obrażanie wierzących, atakujący ateizm. Nie jest to też fanatyzm religijny, choć i ten też czasem przyprawia mnie o dreszcze. Co to więc za cecha?

Chłodny katolicyzm. Tak bym to nazwał. Niby chodzę do kościoła, modlę się, nawet czasem przyjdę na majowe, ale do łóżka mi Panie Boże nie wchodź, bo tu jest moje terytorium. Niby jestem pobożny, noszę medalik na szyi, ale nie pójdę dziś do kościoła, bo przecież nie jest niedziela, co ludzie powiedzą. Przecież jestem dobrym człowiekiem, pomagam innym, nie zabijam nikogo, komu to przeszkadza, że niszczę swoje zdrowie? Przecież to jest moje zdrowie, a nie czyjeś.

Jest taka opowiastka, że kiedyś jeden ze świętych bardzo chciał zamieszkać z pewną rodziną przez jakiś czas. Domownicy się zgodzili: - „Jasne, chodź, mieszkaj z nami.” On tak sobie tam siedział dzień w dzień i obserwował tę rodzinę, jak oni żyją. Pewnego dnia nie wytrzymał i zapytał:
- Jakiego wy jesteście wyznania?
- Katolickiego.
- Nie no, poważnie. Jakiego?
- No przecież katolickiego.
- Nie żartuje, serio pytam. Przecież widziałem, jak żyjecie.

Czy nie jest tak, że wybieramy sobie punkty z dekalogu, które nam pasują? Żeby było jasne, nie chcę cię oceniać. Ja te słowa kieruję także do siebie. Ale zastanów się, jak to z tobą jest. Czy przypadkiem nie próbujesz w pewnych dziedzinach życia być mądrzejszym od Pana Boga?

Życie przynosi różne scenariusze. Są ludzie, którzy z ogromnych zwyrodnialców potrafią stać się współczesnymi świętymi Pawłami. Są osoby, które ciągle upadają, ale potem powstają. Najgorzej jest jednak, gdy rozłożysz ręce i powiesz: „no jest jak jest, ale takie życie”.

Ktoś kiedyś powiedział, że lepiej jest popaść w ciężkie grzechy, niż we wszechogarniającą pychę. I z tym cię, czytelniku drogi, zostawię. Może mnie po tym tekście znienawidzisz, może uznasz, że czas usunąć bloga z ulubionych, ale mam nadzieję, że mimo wszystko ten wpis choć przez chwilę skłoni cię do przemyślenia, w co tak naprawdę wierzysz, i jaka jest twoja wiara. Nie ma zbyt wiele czasu.


 "Jest głód zwykłego chleba, ale i głód miłości, dobroci i troskliwości; ludzie zaś tak bardzo cierpią z powodu wielkiego ubóstwa."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

środa, 1 czerwca 2016

Zachwycony, że tyle tego

"Kiedy gdziekolwiek świętujemy odpust, Bóg staje i mówi: "Stań przede mną, bądź ze mną, a ja ci wszystko dam."
 o. Adam Szustak OP


Kiedy słyszę słowo „odpust”, staje przed moimi oczami obraz straganów wypełnionych mnóstwem różnych dobroci. W dzieciństwie jeździłem co roku na wieś do babci na takie właśnie wydarzenie. Pamiętam, że byłem wręcz zachwycony, że tyle tego. Czego? Ano zabawek, dziwnych pojazdów, śmiesznych pistoletów na wodę, balonów, pamiątek itd. Dziś wiejski odpust mi się bardziej kojarzy z obwarzankami. Choć i te powszednieją, gdy można je kupić np. na 1 listopada przy cmentarzach.

Ale w tym wszystkim nawet nie chodziło o te wszystkie dobra materialne. Tzn. chodziło, ale nie do końca! Ta atmosfera, to podekscytowanie tym, co zobaczę na straganach, ten niezwykły klimat…

Byłem ostatnio na Jarmarku św. Dominika w Warszawie. Impreza ta jest związana z odpustem owego świętego na Służewie. Przy uroczystym polonezie otwierającym jarmark o. przeor klasztoru wyraził nadzieję, że nikt nie wyjdzie tego dnia z tego miejsca smutnym. Radość, zabawa, uśmiech – tamten dzień był naprawdę wyjątkowy.

W odpuście jednak chodzi o coś więcej. Kiedy słuchałem o. Adama i tego, co mówił w jednej z homilii nt. odpustu, nie mogłem w to uwierzyć. Nasuwały mi się różne niedowierzające słowa w stylu „no stary, teraz to przesadziłeś”. Dominikański kaznodzieja określił odpust jako czas, w którym Bóg chce nam siebie dać w całości, przerwać grzech i związać się z nami dokładnie tak, jak będziemy połączeni z Nim po ziemskiej śmierci.

Idąc ostatnio do spowiedzi miałem w głowie inne słowa dominikanina z pewnej konferencji. O. Szustak mówił w niej o tym, że gdybyśmy naprawdę poznali miłość Boga do nas, ale tak zupełnie na serio w całości, nigdy już byśmy się nie oddalili od Niego. I mówilibyśmy tak: „Panie Boże, jak Ty mnie tak kochasz, to ja już nie będę grzeszył”.

Na jarmarku najbardziej chyba zachwyciło mnie to, że ludzie potrafili sobie nawzajem mówić miłe słowa i się uśmiechać ot tak po prostu. Widać było prawdziwie chrześcijańską radość. I myślę, że nawet jeśli odpust często jest spłycany właśnie do takich różnych parad, balang i targów, to jednak jeśli to jest naprawdę szczera radość wypływająca z serca, to przecież jest w tym Bóg.

Spróbuj sobie codziennie wieczorem usiąść i zapisać na karteczce wszystkie dobre rzeczy, które Cię danego dnia spotkały. Zobacz w tym Boga. Uśmiechnij się i zachwyć tym, że tyle tego.


 "Nigdy nie poznamy całego dobra, jakie może dać zwykły uśmiech."      
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

czwartek, 19 maja 2016

Oświetlić ciemność

„Bóg szuka nas, ale nie każdy z nas gotowy jest, by się z Nim spotkać. Możemy być naprawdę zainteresowani czymś innym. Jeżeli ktoś na pewno ma głód Pana Jezusa Chrystusa, pragnie naprawdę nasycić się Nim, niech będzie wdzięczny za to. Jeżeli ktoś dzisiaj ma pragnienie, by nasycić się Chrystusem, niech naprawdę z pokorą za to dziękuje, bo to już jest działaniem Ducha w nas.
Człowiek sam w sobie jest bardzo kruchy,  jest bardzo ograniczony. Łatwiej nam przychodzi pragnąć to, co jest marnością, niż pragnąć to, co jest zbawieniem, życiem wiecznym. Przyjście Ducha Świętego to najważniejsze wydarzenie naszej wiary, bo nikt nie może mówić, że Jezus jest Panem, bez pomocy Ducha Świętego.”
 ks. Carlos Damaglio



Czy próbowałeś kiedykolwiek dziękować za trudne momenty w życiu, które Cię spotykają? Czy potrafisz odczytać w nich błogosławieństwo, jakie Ci Pan Bóg daje?

Kiedyś usłyszałem takie słowa od pewnego księdza: "Pan Bóg daje krzyż tym, których miłuje". Myślę, że wiele osób zna także stwierdzenie, że Bóg nigdy nie zsyła takiego krzyża, z którym człowiek by nie mógł sobie poradzić. I w sumie tak w życiu bywa. Patrząc na swoje życie odkrywam, że do pewnych rzeczy musiałem po prostu dojrzeć. Teraz sobie z nimi radzę, ale kiedyś ich nie rozumiałem. I żebym je zrozumiał, potrzebowałem przejść przez pewne ciemności.

Tylko pytanie, czy ta ciemność musi być w rzeczywistości ciemnością? Człowiek, który nie ma wiary, będzie widział czarne tło, negatywny scenariusz i potknie się o najbliższą przeszkodę. Jeżeli jest w nas wiara, jeżeli oświetlimy nasze ciemności bożym światłem, jesteśmy w stanie przejść bezpiecznie przez trudne momenty. I to wcale nie znaczy, że one znikną. Ale będzie nam łatwiej.

Czy próbowałeś kiedykolwiek cieszyć się chwilą? Cieszyć się tym, że możesz być w jakimś miejscu? Czy miałeś kiedyś tak, że czułeś się szczęśliwy bez względu na wszystkie inne zmartwienia, bo miałeś coś, co cię aż tak uszczęśliwiało?

Ja tak miałem w wigilię Zesłania Ducha Świętego. Kiedy wiele osób zachwycało się eurowizyjnymi występami, stało w długich kolejkach do muzeów, ja trwałem na czuwaniu z zespołem Mocni w Duchu. I właśnie tak się czułem. Miałem poczucie, że jestem w upragnionym miejscu, i że Bóg nie bez powodu mnie tam przysłał. Na kazaniu o. Remigiusz Recław poruszył ważny problem zamknięcia się wielu wspólnot. Wszelkie grupy kościelne jak najbardziej się integrują, ale często zapominają wychodzić do innych ludzi, bardziej chwiejnych w wierze, wątpiących, a nawet wrogich Kościołowi.

Tak sobie myślę, że jeżeli jesteśmy już w tej ciemności i zapalamy to boże światło, to ono nie oświetla jedynie nam drogi. Inni, którzy są w podobnej ciemności, zobaczą że my idziemy za światłem, i się do nas mogą przyłączyć.

Zakończę cytatem z jednej z pieśni Mocnych w Duchu:
"A ja będę tylko ufać,
Tylko patrzeć, tylko słuchać,
Tylko w Tobie mieć nadzieję,
Twoja wola niech się dzieje".

 "Lepiej jest zapalić świecę, niż przeklinać ciemność."         
                                 bł. Matka Teresa z Kalkuty 

poniedziałek, 16 maja 2016

Uścisnął mi rękę

"Możemy przychodzić do kościoła w kluczu: jest mi dobrze – jest mi źle, jest mi przyjemnie – jest mi nieprzyjemnie, było krótko – było długo, było wesoło – było smutno. I co?! To lepiej iść do kina na komedię! Lepiej iść do teatru! Ale czy przychodzimy do kościoła naprawdę, aby się wypełnił w nas plan Boga? Czy ty traktujesz twoje chodzenie i bycie z dziewczyną jako powołanie boże? Czy ty widzisz, że Bóg się przyznaje do twojej miłości wobec tej dziewczyny, wobec tego chłopaka i wiąże z wami plany? 
Czy ty traktujesz twoje pójście do szkoły, na studia, do pracy jako apostolstwo, że żyjąc naprawdę z Chrystusem, podejmując trud życia codziennego, uobecniasz Chrystusa?”
ks. Carlos Damaglio



Pracowałem kiedyś jako informator w komunikacji miejskiej. Było to podczas Euro 2012. Moim zadaniem było informowanie ludzi o tym, jak mogą dojechać do celu ich podróży. A zmian i objazdów bez liku, bo w końcu to duża impreza. Zostałem postawiony w dość specyficznym miejscu. To było skrzyżowanie, które podczas meczu na Stadionie Narodowym było totalnie odcinane komunikacyjnie od świata. Robiła się zupełna cisza, a ludzie mogli głównie iść pieszo w różnych kierunkach. Co jakiś czas jednak koło mnie stawał autobus, który dowoził do najbliższej "cywilizacji". Odjeżdżał na rozkaz służb, czyli wtedy, gdy pewien pan w mundurze stwierdzi, że już sporo osób w autobusie się zgromadziło i warto, żeby autobus już ruszył.

Pewnego wieczoru w czasie trwania meczu właśnie tak było. Cisza, spokój, praktycznie nic nie jeździło, z wyjątkiem tej jednej linii autobusowej. Szedł w moją stronę chwiejnym krokiem pewien wyraźnie zdenerwowany pan. Już z daleka można było poznać jego stan upojenia alkoholem. Krzyczał we wszystkie strony jakieś bliżej niezidentyfikowane hasła, walił w latarnie, obrażał ludzi. Przyznam, że się trochę go bałem.

Podszedł ów pan do mnie i zaczął się wydzierać twierdząc, że szedł przez całe miasto i nic po drodze nie kursowało. Widząc moją odblaskową kamizelkę z logiem zakładu komunikacyjnego krzyczał wulgarne hasła na temat tej instytucji oraz zapowiadał, że pozwie "nas wszystkich" do sądu.

Inni informatorzy radzili, żeby w takich sytuacjach po prostu olewać takich ludzi. Myślę też, że na zdrowy rozum tak normalny człowiek by zrobił. W końcu to pijak, nie ma co się z nim wdawać w dyskusję. Coś mnie jednak tknęło i pomyślałem sobie, że przecież to człowiek jak każdy inny, a ja jestem tam dla wszystkich. Wytłumaczyłem mu, że przykro mi, że takie doświadczenia ma, po czym wyjaśniłem, że tutaj czeka autobus, który niedługo ruszy. Facet nie chciał się uspokoić, cały czas był bardzo zły, ale wsiadł do pojazdu. Pomyślałem sobie, że takie życie informatora, co zrobić.

Kilka minut później ten sam pan wysiadł z autobusu, podszedł do mnie i powiedział tak: "Ja i tak złożę skargę, ale do pana nic nie mam, pan jest w porządku". I uścisnął mi rękę.

 
„Nie liczy się, co robimy ani ile robimy, lecz to, ile miłości wkładamy w działanie.”
bł. Matka Teresa z Kalkuty