piątek, 23 grudnia 2016

Między wierszami (6): "Dorastająca opatrzność"

Miałem jeszcze jeden taki dzień, kiedy czułem wielką samotność. Pamiętałem o tych wszystkich znakach, jakich doświadczyłem, ale mimo wszystko patrzyłem na wielu moich znajomych pobierających się. Wszędzie tylko śluby, wesela, zaręczenia… Oszaleć można. Poczułem, że muszę o tym pogadać z Panem Bogiem. W ciszy. Pojechałem więc do Dominikanów wiedząc, że sobie usiądę tam przed obrazem Jezusa Miłosiernego i pomedytuję. Niestety cicho nie było, bo był akurat… ślub. ;) Pan Bóg ma niesamowite poczucie humoru. I potrafi mnie tym śmiechem wręcz zawstydzić i obnażyć. 


Na początku mojego cyklu wspomniałem, że mam dwa ulubione miejsca kultu w Warszawie. Jednym z nich są Dominikanie na Służewie, a drugim… Świątynia Opatrzności Bożej.

Gdy stawiałem pierwsze samodzielne kroki bez mamy, gdy szedłem do podstawówki, stawiano pierwsze materiały budowlane na błoniach wilanowskich. Ja dorastałem, świątynia wyrastała z ziemi. Teraz, gdy wchodzę w prawdziwe dorosłe życie, usamodzielniam się, świątynia zostaje oddana do użytku. Dlatego jest ona dla mnie niezwykle ważnym miejscem. Ta świątynia to część mnie, mojej dorastającej duszy.

To znak tego, że Bóg nieustannie nade mną czuwa. Kiedy wszedłem pierwszy raz do otwartej świątyni, ks. proboszcz mówił w kazaniu o tym, że gdy się patrzy na tak wysokie mury kościelne i na tę przestrzeń w górze, można odczuć wielką moc Boga i to, jacy my jesteśmy mali w porównaniu do Niego i tego, co stworzył.

To znak, że we wszystkim w moim życiu Bóg jest i nieustannie daje mi to, czego potrzebuję. A przede wszystkim troszczy się jak o najdroższego syna. Kiedy upadam, czeka cierpliwie i wybiega na spotkanie niczym ojciec syna marnotrawnego, gdy tylko próbuje powracać.
Kiedy patrzę na moje dotychczasowe życie, przychodzą mi do głowy różne myśli – wesołe i smutne. Jednak widzę, że Pan Bóg w tym wszystkim był i działał. I nieustannie przemieniał.

I teraz mogą z pokorą powiedzieć, że staję się mężczyzną odpowiedzialnym za swoje życie, takim który może sam w sobie jest słaby, ale z mocą bożą jest w stanie zatroszczyć się o bliskich, założyć rodzinę, a dla przyszłej żony być wsparciem i dawać poczucie bezpieczeństwa w każdym czasie.

Nie wiem, czy coś cię w moich historiach zafascynowało. Być może były to zwyczajne niewiele znaczące opowieści z morałem lub bez. Wierzę jednak, że to co pisałem, będzie dla ciebie inspiracją, byś przyjrzał się swojemu życiu i zobaczył, że we wszystkim, co cię do tej pory spotkało, był Pan Bóg i cię chronił. Tylko trzeba Go odczytywać między wierszami, w znakach, które nam zsyła często niepostrzeżenie i po cichu.

środa, 21 grudnia 2016

Między wierszami (5): "Piękne spotkanie"

Moja parafia jest bardzo mała. W niedziele przychodzi do niej może z 700 wiernych. Jeśli mam napisać jakieś moje największe wspomnienie z mojego najbliższego kościoła, to z pewnością będą to rekolekcje wielkopostne, jakie przed dziesięcioma laty co roku się tam odbywały. Przyjeżdżali ojcowie Orioniści z zespołem muzycznym kleryków i na kilka dni ten malutki kościółek zamieniał się w naprawdę niezwykłe miejsce. Przez ten krótki czas rokrocznie były śpiewy, pokazywanie rękami, trzymanie się za ręce i taka niezwykła otwartość. Potem już ci klerycy podostawali własne parafie i nie mieli czasu przyjeżdżać. A szkoda.


Szukałem trzy lata temu jakichś rekolekcji. Poszukiwałem czegoś „mocniejszego”, co da mi porządnego kopa. Zauważyłem, że do jednej z parafii miał przyjechać zespół ewangelizacyjny Mocni w Duchu z o. Remigiuszem Recławem, jezuitą. Zacząłem pytać znajomych ze wspólnoty, czy znają tę grupę. Odpowiedź była odmowna. W końcu nie pojechałem na rekolekcje, ale zacząłem przeglądać Internet w celu wyszukania nagrań z ich spotkań rekolekcyjnych.

I w tym momencie przypomniały mi się tamte wszystkie wydarzenia z mojej parafii. To było dokładnie to. Wielka otwartość, piękne śpiewy, ruszanie się, pokazywanie… Oni są z Łodzi, ale w Warszawie często bywają na rekolekcjach, więc na kolejne już się udałem zachęcony filmikami z Internetu. I zakochałem się w nich. Dosłownie – jeśli mogę tak powiedzieć. Oczywiście teologicznie jest to sformułowanie dość słabe, bo przecież byłem tam dla Boga, ale tak w myśleniu czysto ludzkim – ogromnie mi się spodobało to wydarzenie. Zacząłem jeździć na ich kolejne rekolekcje, poznałem jedną osobę z zespołu, która po jakimś czasie… zaprosiła mnie do Łodzi na modlitwę o uzdrowienie prowadzoną przez Mocnych w Duchu. Ja nie byłem zbyt optymistycznie do tego nastawiony, bo należałem do osób raczej niechętnie opuszczających moją ukochaną Warszawę. Ale coś mnie tchnęło i… pojechałem.

Jeżdżę do Łodzi od 1,5 roku i nie żałuję. Znalazłem swoją oazę, miejsce oddalenia się od codziennych obowiązków i wyjście na pustynię, by przemyśleć swoje życie, a przede wszystkim pobyć bliżej Boga. Pamiętam dokładnie jedną z moich podróży pociągiem na te modlitwy. Włączyłem sobie na słuchawkach muzykę Mocnych w Duchu, a w szczególności jeden kawałek „Będzie to piękne spotkanie” śpiewany przepięknym głosem Karoliny Baryckiej, członkini grupy.


Kolejny znak od Pana Boga to znak nieustannego poszukiwania Pana Boga w tym, co mi sprawia radość, przyjemność, poczucie otwartości z ludźmi. Ciężko w jednym wpisie opisać wszystko to, czego doświadczyłem podczas modlitwy o uzdrowienie u łódzkich Jezuitów. Natomiast mogę napisać jedno, że jeśli bardzo pragniesz znaleźć Boga, wspinaj po przysłowiowych drzewach – jak ewangeliczny Zacheusz – i rób wszystko, by tylko nie tracić tego kontaktu z Ojcem w Niebie.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Między wierszami (4): "Gorycz porażki"

To będzie dla mnie najtrudniejsza historia. I chyba największa lekcja w życiu. Kolejna dziewczyna. Tym razem bez imienia.


Poznaliśmy się na facebooku. Od razu zafascynowała się mną do tego stopnia, że rozmawialiśmy po nocach. Gdy się spotkaliśmy, zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Szybko przerodziło się to w bliższą relację. Do czasu.

Pewnego dnia postanowiła się ze mną spotkać, żeby wyjaśnić pewne rzeczy. Co się okazało? Powiedziała mi, że nic do mnie nie czuje i może zaproponować tylko przyjaźń.

Powiecie, że to takie błahe problemy młodego człowieka. Ale dla mnie to było jak runięcie skały, na której stałem. Pierwszy raz w życiu dorosłym się autentycznie popłakałem w nocy. Wmawiałem sobie, że może będzie inaczej, że może jej się coś odwidzi. Nie odwidziało. Co więcej, było tylko gorzej. Wchodziłem nawet w przyjaźń, żeby tylko bliżej niej być. Ale to była pułapka.

I nadszedł pewien dzień, w którym w poczuciu totalnej bezradności poszedłem do kościoła, uklęknąłem przed Panem Bogiem i powiedziałem: Boże, ja nie wiem, co mam robić. Powiedz mi, czy mam o nią walczyć. Bo tylko liche rzeczy przychodzą łatwo. Jeśli to dziewczyna dla mnie, pomóż mi zawalczyć, wskaż mi drogę, czym mam się kierować. A jeśli nie jest to osoba, którą mi przeznaczasz, też daj mi jakiś znak.

Zdążyłem wrócić do domu i zobaczyłem wiadomość od niej. Napisała mi, że znalazła chłopaka. Ksiądz, u którego się radziłem, powiedział mi że mam wielkie szczęście, że Pan Bóg daje mi takie znaki, bo wiele osób szuka ich i nie znajduje.

To było jedno z trudniejszych moich przeżyć. Ale Pan gdzieś to zaczął powoli uzdrawiać. Sprawiał, że powoli odchodziłem od myślenia egoistycznego, a nabierałem pokory. Bo przecież chcę być mężczyzną odpowiedzialnym za swoje życie, za życie bliskich. Nie mogę się poddawać takim załamaniom, takim myśleniom tylko o tym, czy mi będzie dobrze, czy jakaś osoba będzie taka, jaką chcę żeby była.

Kolejny znak od Pana Boga to znak, który zaczynam dostrzegać dopiero teraz, po wielu latach. To znak, że On ma dla mnie kogoś wyjątkowego – dziewczynę przygotowaną specjalnie dla mnie. Ale najpierw muszę się jeszcze wielu rzeczy nauczyć, by potem jej nie skrzywdzić.

piątek, 16 grudnia 2016

Między wierszami (3): "Gonimy, póki żywi"

Miałem na studiach koleżankę Izę. Była to wierząca dziewczyna o niezwykłym sercu i wielu pasjach i marzeniach. Nie przyjaźniłem się jakoś z nią blisko, byłem tylko jej kolegą, ale i tak dała się poznać od niezwykłej strony jako ktoś, kto dąży za swoimi pragnieniami i kto się często do ludzi uśmiecha.


Kiedyś nawet zaprowadziłem ją do radia, w którym działam, żeby poznała to miejsce, bo może będzie chciała tam zostać na dłużej. Bardzo jej się tam podobało, choć opowiadała mi, że nie wie czy się nadaje. Cechowała ją wielka skromność i pokora. 

Jedną z pasji Izy był teatr. Nie wiem, czy chciała zostać aktorką teatralną. Niemniej podczas studiów wstąpiła do studenckiego teatru. Wraz ze znajomymi przygotowywała chyba pierwszą w swoim życiu poważną sztukę. Pamiętam, jak miała mieć występ w domu kultury. Dla takiej osoby jak ona to było naprawdę coś – pierwszy spektakl dla ludzi spoza uczelni, dla ogółu publiczności. 

Zaprosiła mnie na to wydarzenie. Jako że nawet niedaleko tam miałem, obiecałem że przyjdę zobaczyć, jak występuje na scenie. Nie byłem dla niej jakąś bliską osobą, zwykłym kolegą ze studiów, ale ucieszyła się niesamowicie. Czuć było, że jest podekscytowana obecnością kogoś znajomego. Niestety danego dnia bardzo źle się czułem i musiałem napisać Izie, że nie pojawię się na występie. Przyjęła to ze smutkiem, ale powiedziała, że w takim razie zobaczę występ następnym razem.

Niedługo potem rozmawiałem z nią na facebooku. To była bardzo szczególna rozmowa, bo… o Bogu. Dziewczyna przyznała mi się, że mimo że jest wierząca, ostatnio jakoś zaniedbała sprawy wiary. Dodała też, że nie wie, czy Pan Bóg ją w Niebie zechce. Próbowałem Izę pocieszyć, wesprzeć. Mówiłem, że jestem przekonany, że Bóg ją bardzo chce i czeka na nią tam na górze z utęsknieniem.

To była nasza ostatnia rozmowa. Kilka dni później przyszła wiadomość, że Iza... tragicznie zginęła w wypadku samochodowym. Wracała z chłopakiem z pracy w nocy, mieli zielone światło i ktoś nie patrząc na sygnalizację wjechał w ich samochód z impetem. On został ranny, ona poniosła śmierć na miejscu.

Nie wiem co mnie bardziej zmroziło – czy ta tragiczna wiadomość, czy przypomnienie sobie mojej ostatniej rozmowy z Izą. Natomiast wiem jedno – te wszystkie przypomnienia księży i nie tylko o tym, żeby czuwać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie nam się pożegnać ze światem, to nie są puste słowa. Łatwo się tego słucha, gdy myślimy tak ogólnikowo – że przecież każdy kiedyś umrze, że spoko… Ale gdy doświadczamy tak szybkiego odejścia kogoś bliskiego, nagle zaczynamy patrzeć na to nieco inaczej.

To kolejny znak od Pana Boga w moim życiu. Znak tego, żeby nauczyć się „liczyć dni nasze”. Kiedyś katolicki psycholog i terapeuta Michał Piekara zwrócił uwagę na pewne słowa w jednym z psalmów: „Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca” (Ps 90,12). Musimy nauczyć się patrzeć na nasze życie nie przez pryzmat naszych osiągnięć, planów i marzeń, ale przez wgląd na to, że jesteśmy tu jedynie prochem, marnym prochem. I to nie znaczy, że mamy się wiecznie smucić, bo nie do smutku jesteśmy powołani. Tylko nie możemy zapominać o tym, co jest naszym celem. Bo nigdy nie wiadomo, czy to już nie jutro Pan Bóg powoła nas do siebie.

Niedługo po śmierci Izy teatr wystawił kolejny występ. Tym razem już bez jej udziału, a ku jej pamięci. Wtedy uświadomiłem sobie, jak ta sztuka się nazywała: "Gonimy, póki żywi"... Dalszą część wpisu chyba musicie dokończyć sobie sami.

środa, 14 grudnia 2016

Między wierszami (2): "Bóg cię kocha, a to już trzy osoby"

Pisałem Wam już o radiu, w którym działam. Chciałbym Wam teraz przedstawić Olę. Ola jest absolwentką Akademickiego Stowarzyszenia Katolickiego „Soli Deo”. Kiedyś realizowałem studencki program. Dzień jak co dzień. Jednym z tematów audycji była akcja „Wierność jest sexy” organizowana przez to stowarzyszenie. Ola pojawiła się w studiu w roli gościa. Miała opowiedzieć o tej akcji słuchaczom. Ja wtedy byłem na takim etapie mojej wiary, że nie angażowałem się bliżej w żadne wspólnoty i organizacje katolickie, wolałem wierzyć sam i we wnętrzu własnego serca, nie przyznając się nawet za bardzo najbliższym.



Tak się jakoś złożyło, że Ola zapragnęła po audycji nagranie wywiadu, a prowadzący spieszył się na tramwaj. Zapytał mnie więc, czy nie mógłbym dziewczynie zgrać rozmowę. Odpowiedziałem, że bardzo chętnie, wszak miałem dużo czasu. Obiecałem, że wyślę jej nagranie na mejla. Przy okazji wysyłania wiadomości z załącznikiem wspomniałem Oli, że bardzo mi się ta akcja podoba – no i jak to bywa u dorastającego chłopaka zmagającego się z samotnością i brakiem dziewczyny – napisałem o tym, że bardzo bym chciał znaleźć kogoś. Nawiązałem z nią głębszą rozmowę o tym, dodaliśmy się potem do znajomych na facebooku, a niedługo potem zobaczyłem, że Ola reklamuje spotkanie dla chętnych do wstąpienia do stowarzyszenia.

Po kilku zawahaniach poszedłem. Totalnie nieśmiały i mało pewny siebie. Szybko to się zmieniło, gdy zetknąłem się z tymi ludźmi – moją pierwszą w życiu katolicką wspólnotą (nie licząc mojej rodziny, ale to zależy, jak definiować wspólnotę). Nagle poczułem, że nie jestem wyśmiewany ani „hejtowany” za poglądy, sposób bycia i wszystko inne, do czego ludzie się mogą przyczepić. Nagle się zacząłem dowiadywać od innych nie za co mnie nie lubią, ale za co mnie lubią. Nagle zacząłem doświadczać mocy wspólnoty, mocy większej grupy ludzi, która podzielała moje wartości i poglądy na życie. To jest naprawdę piękne, bo niesamowicie otwiera człowieka.

Drugie doświadczenie znaku Boga w moim życiu to zetknięcie się z drugim człowiekiem. To zobaczenie, że przez takie osoby jak Ola Pan Bóg przemawia do człowieka i wskazuje mu pewną drogę. Nigdy nie wiadomo, kiedy jakiś moment sprawi, że całe twoje życie się zmieni. Może nie od razu, ale choćby po jakimś dłuższym czasie.

Tytułowe słowa tego wpisu kiedyś powiedział mi o. Krzysztof Michałowski OP. To duszpasterz w innej wspólnocie, do której należę, u Dominikanów na Służewie. Może to brzmi zabawnie. I słusznie, bo tak miało brzmieć. Ale w sumie jak się temu bliżej przyjrzymy, to coś w tym jest.

To trzy osoby boskie, Trójca Święta, ale te trzy osoby to mogą być trzy osoby najbliższe z twojej wspólnoty. W końcu gdzie możemy najbardziej naocznie spotkać Boga? W drugim człowieku. ;)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Między wierszami (1): "O dobrą żonę"

Gdybym miał „otagować” odpowiednimi słowami cykl, pewnie jednym ze słów przewodnich byłaby „miłość”. Oczywiście mam na myśli szukanie tej jedynej osoby, z którą spędzę resztę mojego życia. Ale nie tylko, bo przecież o miłości można mówić w różnych kontekstach, choćby relacji rodzinnych, relacji Boga do człowieka itd. Miłość jest bardzo ważną sferą naszego życia. Jak to mawiał Robert Górski w jednym z monologów: "Tak już jest i koniec, z tym się człowiek rodzi i się z tym nie dyskutuje".


Przez wiele lat zmagałem się z samotnością. Jakimś motywem przewodnim tego mojego smutku była nieustanna chęć „posiadania” dziewczyny. Może to brzmi brzydko i egoistycznie, ale po latach widzę, że pomimo naprawdę szczerych i godnych pochwały chęci, gdzieś tam na dnie serca krążył egoizm i frustracja z tego, że wszyscy już kogoś mają, tylko ja na stare lata zostanę sam.

To był jeden z tych dni, podczas których ma się ochotę wrócić do łóżka, ułożyć się w pozycji prenatalnej i pisnąć spod kołdry „dajcie mi wszyscy święty spokój”. Zbyt wielu obowiązków nie miałem. Z jednym wyjątkiem – wieczorem musiałem zwlec się do radia, w którym wolontariacko pracowałem (i pracuję do dziś) jako realizator dźwięku. 4 godziny dyżuru to może nie jest szczyt „pracoholizmu”, ale i tak bardzo nie chciało mi się do tego miejsca iść.

Co więc zrobiłem? Zacząłem szukać zastępstwa. Zazwyczaj się udawało je znaleźć, gdy chorowałem lub coś innego nie pozwalało mi przybyć do radia. Tym razem było inaczej. Nikt totalnie nie mógł mnie zastąpić. Zrezygnowany życiem wygramoliłem się z łóżka – z twarzą cierpiącego Vertera – i udałem się do radia na dyżur. Oczywiście w mojej głowie kołowało mi się wszystko od tematu samotności i szukania tej wybranki. Gdy tylko zaglądałem na facebooka, wszędzie ludzie pisali o swoich miłosnych szczęściach, związkach i innych takich...

W radiu miałem dość luźny dyżur. I bardzo dziwnie rozłożony. Najpierw musiałem coś drobnego zrobić, potem ponad godzinka fajrantu, a następnie dwie godziny audycji. Wpadłem na pomysł, że skoro już muszę wyjść z tego domu, a radio jest niedaleko starówki, to w czasie tej przerwy pójdę sobie do pobliskiego kościoła oo. Jezuitów na nabożeństwo czerwcowe. Wszak zapowiadał się piękny i słoneczny czerwcowy wieczór. Okazało się jednak, że muszę w radiu zostać, bo coś mam pilnego do zrobienia. Nici z czerwcowego. Trudno.

Niedługo potem kolega, który mi od początku tłumaczył, że nie da rady mnie zastąpić, przybiegł do studia i powiedział: „dobra, leć, ja się resztą zajmę”. Na mojej twarzy pojawiła się ulga, choć smutek nie ustawał, bo w takich stanach – powiedzmy sobie – depresyjnych nie jest łatwo o jego zniknięcie. Zatem dwie godziny przed czasem skończyłem dyżur. Pomyślałem sobie, że na czerwcowe nie poszedłem, ale że skoro już jestem w centrum Warszawy, a w kościele Jezuitów po nabożeństwie miała być msza, to się na nią udam. Choćby po to, żeby jednak się z tym Panem Bogiem spotkać, bo pewnie będzie Mu smutno, jak perfidnie wykorzystam łaskawość kolegi i wrócę do domu do łóżka.

Poszedłem do tego kościoła zatem na Eucharystię. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że akurat tego dnia o tej porze odprawiana była… comiesięczna msza dla poszukujących męża lub żony. Nie wiem jak Pan Bóg to zrobił, ale dobry jest. W homilii duszpasterz nawiązywał do słów św. Jana Pawła II o tym, abyśmy wymagali od siebie. Zapamiętam te słowa na długo.

I tak sobie myślę, że Pan Bóg musiał to naprawdę solidnie przygotować, żebym wyszedł z tego łóżka, żebym poszedł do kościoła, ale nie na czerwcowe, a na tę mszę, i żeby przemówić mi do rozumu. To jest jeden z tych znaków, które uświadomiły mi, że Pan Bóg jest w stanie dokonać nieprawdopodobnych rzeczy, jeśli tylko Mu się poddamy.